Informacje o mnie
Moje przemyślenia
Procenty dla każdego
No i stało się. Wreszcie po kilkunastu miesiącach Sejm przegłosował tzw. ustawę o parytetach. Odnosi się ona do kształtowania list wyborczych wystawianych np. w gminach liczących powyżej 20 tys. mieszkańców, czyli również i w Mysłowicach. Nie będą już rejestrowane listy wyborcze, na których nie będzie przynajmniej 35% kobiet lub mężczyzn. Skąd 35% nie wiadomo - wiadomo na przykład, że były już partie, które same wprowadziły niegdyś co najmniej 30 procentowe reprezentacje każdej z płci na swoich listach, po czym… wycofywały się z tego. Wiadomo też, że mówiło się o wprowadzeniu 50% reprezentacji danej płci.
Sam kiedyś osobiście przećwiczyłem 30 procentową reprezentację płci na liście wyborczej. Lista miała się składać z 10 osób. Pech chciał, że wśród tych, którzy się zgłosili, a było ich dokładnie dziesięciu, były tylko dwie kobiety. Jak nie liczyliśmy, tak nam nie wychodziło, że stanowią 30% listy. Oczywiście cała lista nie została zaakceptowana przez organizację, z której wówczas startowałem, gdyż nie spełniała wymogu 30% reprezentacji każdej z płci. Musieliśmy więc zamienić mężczyznę na kobietę. Padło na mojego kolegę, który przez to, że nie zamierzał w ekspresowym tempie przechodzić drastycznej operacji (coś tam jęczał, że żona, dziecko…), został skreślony z listy. Nieważne, że chciał się mocno zaangażować, że miał już w głowie plan swojej kampanii. Wyleciał z listy i już. Chcąc mieć jednak pełną listę 10 kandydatów trzeba było znaleźć kobietę. W końcu znaleźliśmy taką, która się zgodziła - nie pytaliśmy nawet, czy w ogóle wie w co się wplątuje, czy wie co to jest ta rada miasta i jak się ją wybiera. Ważne że była, że się zgodziła no i najważniejsze - była kobietą. W trakcie kampanii jak można było przypuszczać nie zrobiła chyba kompletnie nic, ale te kilkadziesiąt głosów na listę dorzuciła. Tak parytety wyglądały w praktyce.
W obecnych wyborach, które odbyły się 21 listopada 2010 roku, w okręgu w którym startowałem panie stanowiły 27% wszystkich kandydatów. Najwięcej na liście “Lepsze Mysłowice”, bo aż 50%. I tylko ta lista spełniłaby nowe wymagania. Reszta w takim kształcie jak były nie zostałaby zarejestrowana. Czy oznacza to, że w tym przypadku jedna z płci była pokrzywdzona. Absolutnie. Tylko dwie listy wystawiły komplet kandydatów: Mysłowickie Porozumienie Samorządowe i Nowe Mysłowice. Na pozostałych listach były wolne miejsca. I to aż 26!!! Łapanki na nie trwały, ale chętnych nie było. Tak to mniej więcej wyglądają parytety na Mysłowickim podwórku. Po tych przykładach można się zastanawiać, czy aby problem parytetów w Polsce nie stanowi tematu zastępczego, który “ciemny lud” kupi i będzie się nim zajmował.
Dziwi mnie fakt, że ustawodawca potrafił odróżnić od siebie jedynie płci potencjalnych kandydatów. A przecież jakiś procent miejsc, moim zdaniem nie mniejszy niż 25 powinien należeć się młodzieży. Przecież to w ich rękach przyszłość Ojczyzny. Niech się uczą, trzeba dać im szanse. I procenty oczywiście. A co z homoseksualistami. Przecież coraz śmielej manifestują swoją orientację seksualną. Im też należałoby dać jakieś 10 procent miejsc na listach. A łysi? Dlaczego Leszek Mazan, przewodniczący Partii Łysych (mającą silną młodzieżówkę “Zakole Młodych”) nadal nie upomina się o swoich członków. Przecież w społeczeństwie będzie ich ze 20 procent. I tyle powinno być na listach. A leworęczni, a mniejszości różnego rodzaju? Gorsze jakieś? Też należy wprowadzić parytet. A jak już doliczymy, że na listach wyborczych będzie z 200% tych, którzy muszą być, to zastanówmy się co to jest ta demokracja!
Wybory samorządowe po staremu
Czy ktoś jeszcze pamięta, o czym mówili politycy szczebla krajowego w 2004 i w 2005 roku? Obiecywano walczyć o wyborcze okręgi jednomandatowe – tak do Sejmu jak i do rad gmin. Wybory za pasem, ci którzy wówczas obiecywali mają obecnie realny wpływ na to co obecnie jest w kraju uchwalane, ale o do obietnic sprzed kilku lat praktycznie nikt z posłów nie wraca.
A jaki to ma związek m.in. z naszym miastem? – ano duży. W Mysłowicach, jak w każdej gminie zamieszkiwanej przez więcej niż 20 tys. mieszkańców, obowiązuje proporcjonalny system przeprowadzania wyborów. Kandydaci muszą startować z tzw. list wyborczych – partyjnych lub lokalnych tworzonych na potrzeby danych wyborów. Mieszkańcy głosują na danego kandydata, ale o tym czy wejdzie on do rady danego szczebla decyduje przede wszystkim suma głosów oddana na daną listę kandydatów. Jeżeli uzyskają oni wystarczającą w sumie ilość głosów i lista otrzyma np. 1 mandat, wówczas do rady dostaje się ten z kandydatów z tej listy, który uzyskał na niej największą liczbę głosów (niekoniecznie ten z pierwszego miejsca). System ten prowadzi do takich paradoksów, że osoba mająca poparcie społeczne zostaje radnym – przeważnie tak się dzieje jednak występują bolesne wyjątki. Tak oto w okręgu który reprezentuję (południowe dzielnice Mysłowic) doszło w ostatnich wyborach do takiego przypadku. Pani Bronisława Załuczkowska, która zdobyła dużą liczbę głosów, bo aż 347 nie została radną miasta, a jednocześnie mandat radnego uzyskali Leon Kubica, który uzyskał 272 głosy i Piotr Oślizło, na którego głosowało 297 osób. Gdyby obowiązywał system większościowy, czyli do rady wchodziliby ci, którzy otrzymali wprost największe poparcie mieszkańców, a p. Załuczkowska od 4 lat zasilałaby szeregi Rady Miasta Mysłowice. Również cztery lata temu podobny przypadek miał miejsce m.in. w okręgu 2 (centrum Mysłowic), gdzie radnym została osoba mająca ok. 180 głosów, a kandydat mający 280 głosów odpadł. Trzeba więc mieć nadzieję, że kiedyś którejś z partii politycznych uda się przeprowadzić zmiany w ordynacji wyborczej i do rad będą wchodzić osoby, które otrzymują największe poparcie społeczeństwa, bo w obecnym systemie wola wyborców, która podobno jest święta, jest też i wypaczana.
Wójt może wszystko i wszyscy wójtowi mogą
Rzadko oglądam telewizję, ale ktoś namówił mnie ostatnio, żebym zobaczył sobie serial „Ranczo”. Wypisz wymaluj obraz polskich wójtów/burmistrzów/prezydentów. Zmiany, które obowiązują od 2002 roku w „ustawie samorządowej” odebrały wiele uprawnień radom miast i gmin, a duże kompetencje zostały skupiene w rękach jednej osoby w danej gminie, czyli wójta/burmistrza/prezydenta. Oczywiście wzrosła również ich odpowiedzialność, ale przyglądając się bliżej raczej widać tylko i wyłącznie wzrost władzy. Do 2002 roku taki włodarz miasta musiał się nieźle nagimnastykować. Praktycznie w każdej chwili rada gminy mogła go odwołać, sesja absolutoryjna, podczas której rada kwitowała wykonanie budżetu mogła go przyprawić o zawał, a i mieszkańcy mogli pogrozić. Obecnie praktycznie jest on nieodwoływany w trakcie kadencji. Na mysłowickim podwórku ćwiczyliśmy już kilka lat temu próbę odwołania prezydenta, oczywiście nieudaną, gdyż niezwykle trudno jest zmobilizować wyborców do udziału w referendum, potrzebną do uznania takowego za wiążące. To powoduje, że w wielu gminach taki wójt/burmistrz/prezydent czuje się bezkarny, a co za tym idzie również arogancki. Oczywiście do wyborów. Później do rany przyłóż. Ale obowiązujący bezpośredni system wyborów wójtów/burmistrzów/prezydentów oprócz powyższego aspektu ma również i finansowy. Urzędująca głowa gminy, aby być lubiana (czytaj ponownie wybrana) musi pokazać mieszkańcom, że jest skuteczna, czyli budować, remontować, oddawać do użytku i przecinać wstęgi różnych inwestycji potrzebnych mieszkańcom. Jednak kasa gminy nie jest z gumy, a pieniędzy jest tyle, ile jest. Zaciąga się wtedy kredyt i pieniądze już są. To że później trzeba będzie spłacać, to nieważne. Ważne, aby mieszkańcy widzieli, że coś się robi. Spłatami będzie się można martwić później, po ponownym wyborze. Jednak jeżeli weźmie się pod uwagę dłuższy okres czasu takiego działania, okaże się, że te same rzeczy można było wybudować może wolniej, bardziej systematycznie, ale za to więcej, gdyż gminy nie obciążałyby później odsetki od zaciąganych kredytów. Oczywiście nie mówię o inwestycjach, na które otrzymuje się środki z funduszy UE. Można więc zauważyć, że na około rok przed wyborami w wielu gminach rusza front robót, a po nich przez kolejne dwa lata posucha w inwestycjach, gdyż trzeba spłacać kredyty. Taki system działania jest może i powszechnie stosowany, ale moim zdaniem jest to marnotrawienie pieniędzy. Najbardziej cieszą się jednak banki.
Oddzielenie południowych dzielnic Mysłowic
Co jakiś czas pojawiają się w południowych dzielnicach Mysłowic głosy, że należałoby je odłączyć od Mysłowic i ustanowić osobną gminę. Granicą miałaby być autostrada A4. Mieszkańcy widzą, że Imielin i Chełm Śląski odłączając się w 1995 roku zrobiły na tym dobry interes. Zrealizowano wiele inwestycji, na które nie mogliby liczyć gdyby pozostali w granicach administracyjnych naszego miasta. Widać tam rękę dobrego gospodarza, miasteczka te pięknieją z roku na rok. Sam wielokrotnie rozmawiałem z osobami spoza naszego województwa, które mówiły, że zanim dojechały do Kosztów, to przejeżdżały przez taką przyjemną miejscowość – chodziło oczywiście o Imielin. Rozmawiałem też z jednym z samorządowców Chełmu Śląskiego, który na moje pytanie, czy wyobraża sobie możliwość powrotu do Mysłowic, powiedział : nigdy. Na moje pytanie „dlaczego?”, odpowiedź była krótka: w centrum Mysłowic można wpompować każde pieniądze i tego nawet nie widać. Trudno mu nie przyznać racji.
Od słów do czynów droga daleka i nie wiadomo, czy ktokolwiek kiedykolwiek tym tematem się zajmie. Oprócz całej przeprawy administracyjnej związanej z wydzieleniem takiej gminy trzeba mieć pewność, że taki ruch byłby uzasadniony ekonomicznie. Po pobieżnych rozmowach z niektórymi osobami wydaje się, że południe Mysłowic, podobnie jak Imielin i Chełm Śląski raczej nie straciłyby na takim ruchu. Wiele wydatków związanych z niektórymi dziedzinami funkcjonowania tak wydzielonej gminy możnaby ograniczyć. Z pewnością udałoby się zracjonalizować wydatki na służbę zdrowia, opiekę społeczną, utrzymanie gminnych zasobów. Wydaje się, że dochody też byłyby obiecujące – wiele terenów, na których działają różnego rodzaju firmy leży w południowych dzielnicach, wiele osób lokuje się w tym rejonie miasta budując nowe domy, a w związku z tym odprowadza podatek od osób fizycznych stanowiący dużą część budżetu każdej gminy. Można tak wymieniać. Jednak do tego wszystkiego trzeba woli mieszkańców i kilku osób, które potrafiłyby poświęcić swój czas i spróbować fachowo przeanalizować opłacalność takiego pomysłu. Jednak takich osób nie widać.